RZECZ O ROKU 1863
W czterdziestą rocznicę powstania styczniowego : 1863 - 1903
[praca zbiorowa]
Lwów: nakładem Komitetu Wydawniczego,1903.558 s.;23 x 15,5 cm
Komitet Wydawniczy: Bronisław Szwarce, Józef Kajetan Janowski,
Henryk Czaplicki, Ignacy Kinel, Bolesław Anc
Relacja z udziału w powstaniu Aleksandra Zdanowicza
[ Zachowano orginalny styl tekstu ]

Od Małogoszcza do Goszczy
Pierwsza wiadomość o wybuchu powstania doszła do czytelni, założonej staraniem zwolenników Mierosławskiego w Turynie, 22 stycznia
przed wieczorem. Było nas 32 członków, a żaden nie posiadał potrzebnych funduszów na powrót do kraju, więc po krótkiej naradzie wys-
łaliśmy tegoż samego wieczora Wład. Stępowskiego do Paryża po pieniądze. Siódmego dnia o 4-tej rano Stępowski powrócił i przywiózł
od Mierosławskiego po 300 franków na każdego z nas, wraz z instrukcyą, ażeby gromadzić się w Poznańskiem, w okolicach Gopła.
O 8-ej rano było już nas kilku w drodze, mianowicie; Mikulicz, Nawrocki, Kober, Kubicki, Mielnicki, Bogisławski, Kowalewski i ja, - je-
chaliśmy gromadnie przez Włochy i Szwajcaryę, ale począwszy od Bazylei rozdzieliliśmy się po dwóch razem, aby nie zwrócić na siebie
uwagi policyi. Ja trzymałem się w towarzystwie z Dymitrem Kowalewskim, artystą malarzem. Zatrzymaliśmy się w Heidelbergu parę go-
dzin, aby odwiedzić Asnyka i zaczerpnąć świeżych wiadomości o powstaniu, oraz dla informacyi co do dalszej podróży. W Berlinie noco-
waliśmy u medyka na ukończenie Lewenhardta, który radził nam ominąć Poznań, z powodu wielkiej tam czujności policyi, więc podług
wskazówek doktora, pojechaliśmy do Wrocławia, a stamtąd koleją do samego obozu w Dąbrowie; gdzie Teodor Cieszkowski ranny przy
zdobywaniu Sosnowca, formował małe oddziały i odsyłał je w głąb kraju. Nie było tam na razie żadnego wakansu oficerskiego, o co zre-
sztą wcale nie dbałem. Oddziałek złożony ze 150 ludzi, gotów był do wymarszu i tejże samej nocy wyruszyliśmy. W Wolbromiu i Olkuszu
oddziałek zwiększył się o blisko setkę ludzi rozbitkami z pod Miechowa. Skierowaliśmy się ku oddziałowi Jeziorańskiego. Oddziałek
nasz wcielonym został do batalionu kosynierów Dąbrowskiego. Zaraz z wieczora ruszyliśmy pod Małogoszcz i stanęliśmy obozem na
cmentarzu położonym na wysokiem wzgórzu, gdyż miasteczko zajęte było przez oddzał Langiewicza, dopiero nazajutrz o świcie zeszliśmy
do miasta, gdzie rozdano po miarce wódki, kromce chleba i kawałku słoniny i natychmiast wysłano nas na stanowiska, gdyż Moskale
już zajmowali opłotki i skrajne zabudowania miejskie i to tylko garstce strzelców z oddziału Jeziorańskiego, winni byliśmy, że nas ze
wszystkiem nie oskrzydlili i nie zamknęli w miasteczku. Strzelcy nasi cofnęli się w porządku bez pośpiechu i wtedy tylko gdy trzy czwarte
miasta już było w płomieniach. Cała ta bitwa była dla nas ciężkim mozołem, gdyż zmuszeni byliśmy zajmować przez kilka godzin zupełnie
nagie wzgórza, wystawieni bezpotrzebnie na silny ogień artyleryi i piechoty moskiewskiej. W owym czasie oddziały Langiewicza i Jezio-
rańskiego uzbrojone były przeważnie kosami, zaledwie piąta część posiadała broń palną różnego kalibru, a po większej części były to
strzelby do polowania, więc niedalekonośne i dlatego na odległość strzału karabinowego nie mogliśmy dawać skutecznego odporu, a nic
tak nie demoralizuje żołnierza, jak bezczynność wobec śmierci. Mimo to od godziny 7-ej rano, do 1-ej po południu bataliony zachowywały
swą łączność, zmieniały tylko posterunek, posuwając się to wyżej to niżej na pochyłości wzgórza, dla utrudnienia regulowania celu artyle-
ryi moskiewskiej, która szczęściem dla nas, bardzo żle strzelała. Już około 2-ej kosynierzy rażeni gęstym ogniem piechoty nieprzyjaciel-
skiej i pod wrażeniem jęków rannych, lub umierają-cych, okazywali wielkie zdenerwowanie i chwiać się zaczęli a gdy ściągnięto wszyst-
kie oddziały na sąsiednie, a wynioślejsze wzgórze pokryte lasem, na skraju którego dwa nasze działa i jedna długa smigownica starem
żelaztwem bezustannie pluły w oczy Moskalom wtedy, żadna jedność zbiorowa, ani batalion, ani kompanja szeregu nie utrzymywała;
wszystko się pomięszało, komendy żadnej nie było, jednak strzelcy z własnego popędu zajęli brzegi lasu na dwóch przeciwnych pochyłoś-
ciach wzgórza i pukali do strzelców finlandzkich, którzy byli na przodzie.
Ja nie mając nic lepszego do czynienia, poszedłem dopomagać kanonierom w ich ciężkim mo-
zole, tembardziej, że kilku z nich już ubyło. Działa nasze celowane przez doświadczonych ofi-
cerów Dąbrowskiego z artyleryi pruskiej i Wiercieńskiego z artyleryi moskiewskiej, dotkli-
we szkody przynosiły Moskalom; za każdym strzałem widać było między nimi wielkie zamię-
szanie, mimo to pchano ich naprzód. Około godziny 4-ej już zabrakło amunicyi, działa ucichły
i tylko jeszcze śmigownica dała kilka strzałów. To ośmieliło Moskali strzelcy finlandzcy po-
częli skupiać się, aby pójść do ataku i zabrać nam działa. W owej chwili Dąbrowski ugodzony
kulą w piersi padł zabity zostało nas tylko pięciu z Wiercieńskim, a koń tylko jeden, inne
powybijane zostały kartaczami. Chwila była krytyczna oczekiwaliśmy z kosami przy działach,
pewni że nas tu wszystkich skłują i działa zabiorą; już nas dosięgali, gdy z gromkim hurra!
Kosynierzy prowadzeni przez Śmiechowskiego uderzyli z boku z takim impetem, że Moskale
zmięszani, słaby opór stawiali. Śmiechowski wrzeszczał: bijcie dobrze bugry! a bugry też bili
tak skutecznie, że niedłużej jak po pięciu minutach, Moskale tył podali,zostawiając na placu
kilkunastu rannych i zabitych. Wtedy bez komendy kosyniery chwycili za lawety i ściągnęli
działa z pozycyi, powlekli je do stawu i zatopili, gdyż nie było sposobu wyciągnąć ich na bar--
dzo stromą górę, a innego przejścia nie było. Do śmigownicy zaprzęgli jedynego konia, który
uszedł śmierci i dopomagając ciągnąc i popychając z tyłu, ocalili ją. Wszystkie oddziały cof-
nęły się przez tę górę. Straciłem je z oczu, gdyż zatrzymałem się przy koledze rannym, które-
go niepodobna było unieść, bo miał kość pacierzową złamaną i prawą nogę strzaskaną powy-
żej kolana. Prosił mię, abym dał mu fajkę zapalić, jeżeli mam uczyniłem zadość jego życze-
niu i pozostałem z nim dość długą chwilę, bo mi okrutnie żal było tego biedaka. Wreszcie on
sam dał mi odprawę mówiąc: mnie tutaj dobiją, choć i bez tego niewiele mi się należy, ale ty
umykaj, aby cię nie chwycili, bo już wielki czas. Z łzami w oczach ucałowałem biednego stra-
ceńca i podążyłem w ślad za swoimi. W drodze spotkałem kapitana kosynierów Józefa Brau-
na, lekko rannego w pierś i po zamianie kilku słów, rozeszliśmy się, każdy swoim szlakiem:
po niedługiej chwili dotarłem do schyłku wzgórza i lasu, gdzie szeroka bagnista łąka z rzeczką
w pośrodku, odgraniczała wzgórzu Małogoszcza od dalszego pasma gór i wąwozów pokrytych lasami. Z drugiej strony rzeczki spostrzeg-
łem kilku naszych, krzątających się około towarzysza rannego, ku nim więc skierowałem kroki, ale zaledwie wyszedłem na otwarte mie-
sce, przywitany zostałem kilkunastoma strzałami na raz, jakby na komendę i to na odległość 50 kroków. Żadna kula mię nie drasnęła,
ale zapewnić mogę, że żaden zając tak chyżo nie biega, jak ja skakałem po moczarach, aby dopaść rzeczki, w którą buchnąłem bez na-
mysłu i skąd mię koledzy wyciągnęli za pomocą drążka od kosy, bo dno rzeczki było lodem obmarzłe i żadną miarą sam wyleźć nie mog-
łem. Obrałem dobry kierunek, gdyż w wąwozie naprzeciwko zastałem Langiewicza i Jeziorańskiego wraz ze sztabem i około 300 ludzi
znalazła się tam i śmigownica, którą z radości uściskałem jak starą przyjaciółkę. W wąwozie czekaliśmy więcej niż godzinę, aby dać czas
innym ściągnąć się na punkt zbiórki, ale zaledwie kilku tylko nadeszło. Postarano się już o przewodnika i ruszyliśmy w drogę.Trudno mi
opisać męki tego dwudniowego pochodu pomoczeni; prawie bez odpoczynku, bez żywności i bez snu. Ja i wielu innych idąc spaliśmy,
karambolując się wzajemnie około wieczora przywieziono nam do lasu beczkę wódki, a dopiero drugiego dnia około 3-ej po południu
zatrzymaliśmy się na skraju lasu, gdzie była gorzelnia i tam dano nam ziemniaków zaparzanych parą obrzydliwego były smaku, tembar-
dziej, że nie mieliśmy do nich soli, ale i te nas posiliły. Tegoż samego dnia wieczorem wieczorem rozlokowaliśmy się na nocleg w jakiejś
wsi i o...! jakże ja tam smacznie spałem! pod dachem, w ciepłej izbie i w łóżku, na grochowinach chłopskich to mi się nie zdarzyło już od
trzech tygodni.! Nie pomnę dokładnie, ale zdaje mi się, że wędrówka nasza przez wertepy i manowce, dniem i nocą z małymi odpoczyn-
kami, trwała około tygodnia, zanim przybyliśmy na nocleg do zamku Pieskowej Skały. W czasie pochodu raz jeden tylko przechodząc
przez głęboki jar pod Suleszowicami, o kilka wiorst na zachód od Miechowa, kawalerya nasza miała utarczkę z kozakami, z których je-
dnego chwyciła. Zamek Pieskowej Skały zbudowany jest na wysokim granitowym złomie, był jakby półwyspem otoczony z trzech stron
głęboką doliną, przerżniętą strumieniem, Jedna tylko strona była przystępna, drogą wiodącą od głównego wejścia do lasu, ale i ta droga
z obu stron była bardzo stroma, snadź był to dawny nasyp, utworzony ręką ludzką. Przy wejściu był most murowany, sklepiony. Z jednej
strony zamku znajdowały się małe drzwi jednoskrzydłowe, dające wyjście na ścieżkę wiodącą w dolinę do zabudowań dworskich i browa-
ru. Mówiono mi, że i od strony Pałki Krakusa były drzwiczki małe, sekretne, dające wyjście na jakąś sekretną ścieżkę, wśród stromych
skał, gdzie tylko bardzo świadomi postawienia każdego kroku, mogli się awanturować, tego jednak sprawdzać nie miałem czasu. W po-
chodzie od Małogoszcza do Pieskowej Skały, oddział nasz odrósł liczebnie na nowo, zasilany bądź to rozbitkami, którzy nas w drodze do-
ganiali, bądź nowo przybyłymi, dość, że było nas przynajmniej tylu, co pod Małogoszczem. Nazajutrz około 6 rano, kilku kawalerzystów
naszych poprowadziło poić konie na dół do strumienia i paru z nich pochwycili Moskale. Langiewicz kazał się zbierać i około 7-ej wy-
szedł z zamku, Jeziorański w ślad za nim, pozostawiając dla obrony około 50 ludz, z nakazem, aby wstrzymać Moskali pod zamkiem jak
najdłużej; w tej liczbie strzelców było około 20-tu. Kowalewski miał komendę nad strzelcami, ja nad kosynierami. Z tymi ostatnimi nie
było co robić, przy obronie zamku; zostawiono nas zapewne dla okazu, aby Moskali trzymać w przekonaniu, że cały oddział się tu znaj-
duje. Kowalewski postawił kilku strzelców przy bocznych drzwiach, a u głównego wejścia pozostała reszta i kosyniery. Około 9-ej nadcią
gnęła piechota moskiewska i idąc doliną gęsiego, linią tyralierską, zaczęli oskrzydlać zamek z obu stron. Gdy się tylko znaleźli na odle-
głośćstrzału, nasi zaczęli ich razić z góry, dość celnie, zaś kule moskiewskie nas nie dosięgały najwyżej celowane uderzały w parapet mu-
rowany mostu. Procesya ta gęsia trwała parę godzin, bo Moskale bardzo ostrożnie i powoli posuwali się: zatrzymywali, cofali wstecz, to
znowu szli naprzód, słowem, zrozumieć nie mogliśmy tego wahania się, aż około południa wszyscy przedefilowali z dwóch stron zamku, zo-
stawiając na widoku tylko rotę piechoty, dla strzeżenia bocznych drzwi. Położenie nasze zaczęło być drażliwe, bo Moskale mogli zająć je-
dyną drogę, prowadzącą do zamku, zaatakować i wybić nas co do nogi, bo w 50-ciu niedługo mogliśmy stawić opór trzem tysiącom. Ko-
walewski już od godziny gdzieś zniknął mówiono mi później, że wyszedł sekretnemi drzwiczkami na skałę, naprzeciw Krakusowej Pałki,
i albo spadł i zabił się, albo go kula zmietła, dość że go więcej nie zobaczyłem. Bardzo byłem zafrasowany co czynić, kiedy ujrzałem na



placu jednego z naszych adjutantów sztabowych; Miecznikowskiego, który najspokojniej wysypiał się do południa, a teraz siodłał konia,
aby gonić za oddziałem. Prosiłem go, aby zapytał Jeziorańskiego, co mamy z sobą robić, bo nas tu niechybnie Moskale wyduszą, jeżeli
w zamku dłużej pozostaniemy. Miecznikowski spiął konia ostrogami i z kopyta ruszył szybkim galopem wkrótce znikł nam z oczu. W
niespełna godzinę powrócił i zatrzymawszy się w oddali, dawał nam znaki, aby natychmiast wychodzić. Puściliśmy się pędem gęsiego
po tej, że tak powiem, grobli, i szcześliwie, bo bez żadnej straty połączyliśmy się z oddziałem, w chwili ukończenia potyczki strzelców i
kosynierów oddziału Jeziorańskiego z Moskalami. Starcie się było bliskie tj. na bagnety, więc kosy miały tu ostatnią racyę. Moskale
straciwszy przeszło 200 ludzi w zabitych i rannych, cofnęli się w popłochu. Strzelcami dowodził major Grudziński, kosynierami Dąbrow-
ski i Pióro. W odwrocie z zamku jeden tylko kosynier ranny był lekko w rękę. Później, bedąc już w szpitalu w Krakowie, opowiedani mi,
że po naszem wyjściu, pozostało w zamku po różnych kątach i komnatach, których było bez liku, około stu powstańców, używających
błogiego snu, i ci wszyscy wymordowani zostali, a zamek spalony. Kiedym był tam, ani mi na myśl nie przyszło, aby który z powstań-
ców zagrożony co chwila utratą życia, pozwalał sobie podobnych wygódek. Po bitwie poprowadzono nas na wysokie lesiste wzgórza,
i nakazano zaraz z wieczora porozpalać wielkie ognie, które pozostawiliśmy,sami cichaczem pomaszerowaliśmy do miasteczka Skały,
gdzie kawaleria przychwyciła na wpół pijanego moskiewskiego kapitana straży granicznej. Od niego dowiedzieliśmy się o siłach moska-
li i o stratach pod Pieskową Skałą, było ich 3000 ludzi i ośm armat, tych jednak użyć nie mogli.Powiedział nam również, że ostrzeżeni
przez placówki o naszem zbliżaniu się, Moskale pospiesznie opuścili miasto i zostawili na cmentarzu dwie roty piechoty, aby nas pow-
strzymać. Moskalisko myślał, że go powiesimy, a co najmniej rozstrzelamy. Ale że poczciwą miał gębę, więc któryś zawolał: zostawmy
go w spokoju przy jego flaszce z wódką, on nam nie może szkodzić.! i zostawiliśmy, nakazując tylko, aby się z domu nie ruszał.
Cmentarz miejski, miał kształt kwadratu podłużnego, węższym bokiem dotykał miasteczka, a mur dłuższy z prawej strony, idąc do mia-
sta, z zewnątrz podsypany był śniegiem bardzo wysoko, zaledwie wystawał ponad śniegiem na pół łokcia. Langiewicz po krótkiej nara-
dzie, postanowił atakować, chciał wziąć te dwie roty w niewolę. Zebrawszy dokładne dane o położeniu podsunął się cichaczem ze swoim
oddziałem przez parów, rodzaj głębokiej drogi, pod sam mur, i usadowili się wszyscy chyłkiem na nasypie śniegowym.
Nas zaś, to jest oddział Jeziorańskiego, poprowadził Śmiechowski polem; mieliśmy obejść i otoczyć cmentarz, aby zamknąć Moskalom
odwrót. Kiedy znaleźliśmy się na wysokości cmentarza w odległości mniej więcej 300 kroków, wstrzymano nas, - i tak oczekiwaliśmy
przynajmniej kwadrans czasu. Na cmentarzu jasno było jak w dzień, natomiast nie mogliśmy dostrzec co się działo na zewnątrz. Strzelcy
nasi zniecierpliwieni oczekiwaniem wystąpili naprzód i rozpoczęli silny ogień przeciw Moskalom, na co oni odpowiedzieli salwą rotową,
ale to nas nie zrażało i pukanina szła dalej, aż przybiegł ktoś ze starszyzny sztabowej z zakazem strzelania, gdyż nasi byli pod cmenta-
rzem. A to i my tam chodźmy ! krzyknąłem, i kilkunastu nas pobiegło pędem pod mur, gdzie popadaliśmy na kolana i pochyliliśmy się
jak i inni, aby uniknąć kul. Znalazłem się tuż przy narożniku od strony pola, tu zaznaczam że tylko jedną zajmowaliśmy stronę, a trzy
inne były zupełnie wolne. Tutaj nowe oczekiwanie bezpotrzebne; bo mogliśmy skoczyć przez mur, a z pewnością zwycięstwo byłoby przy
nas. Wtem o kilka kroków na lewo, słyszę, ktoś chrapliwym i ciągnącym się jednostajnie głosem powiada: Wydusimy ich tu jak szczury
w jamie! poznałem głos Langiewicza.
Kalita - Rębajło
Piotrowiczowa z domu Michalska
Henryka Pustowójtówna
-Nie nie wydusimy, jeżeli nie skoczymy przez mur, odparłem. Stul tam pysk, jeszcze Langiewicz nie zdążył dokończyć jednego ze swoich
zwykłych komplementów, kiedy huknęło nam nad uszami kilka strzałów i o trzy kroki zaledwie odemnie, dwóch naszych wywróciło ko-
ziołka pchnąłem najbliższego Moskala kosą w pierś, ale tylko się zachwiał, kosa natrafiła na coś twardego; ja umknąłem za oddziałem,
który przed tym niespodziewanym napadem cofnął się ku miastu, - za najbliższe stodoły, odprowadzany silną ulewą kul z cmentarza.
Zrobiło mi się bardzo ckliwo, jakiś żal i wstyd opanowały mię, że zaledwie kilka strzałów danych wprawdzie, znienacka i ze strony uwa-
żanej za zupełnie bezpieczną, zdołały wypłoszyć cały oddział z pod muru. Noc była bardzo ciemna i żadnej twarzy rozeznać nie mogłem;
naraz, w tłumie kosynierów usłyszałem głos dobrze mi znany kolegi, którego od ławki szkolnej nie spotkałem był to Jan Lipiński, do
dziś żyjący w Paryżu zacząłem go wołać po imieniu i po nazwisku i tym sposobem zetknęliśmy się. Był on również oficerem kosynierów,
lecz w oddziele Langiewicza znajdował się więc w pośrodku swoich l udzi. Skorzystałem z tego i naparłem, aby zachęcić kosynierów do
powrotu pod mur cmentarny; byle ich tylko namówić, a ja sam podjąłem się poprowadzić. Namawianie długo nie trwało, chętnych było
bardzo wielu krzyknąłem więc: naprzód za mną ! i ruszyliśmy pędem lecz niestety ! hołotka ruszając z miejsca wrzała: hurra ! Moskale
odpowiedzieli salwą dwurotową ja już przebiegłem z połowę drogi, gdy stało się ze mną coś nadzwyczajnego, jakby grom uderzył we
mnie; coś mię gwałtownie szarpnęło za włosy, ręka lewa wyskoczyła w góre i opadła bezwładnie i krew się we mnie wzburzyła zrozumia-
łem, że jestem ranny, padłem więc w bruzdę, aby przeczekać ogień moskiewski i tak przeleżałem z dziesięc minut rękę miałem strętwia-
łą, jak drewno, ale upływ krwi z rany otrzymanej tuż obok pachy, przyprowadził mię do równowagi. Słyszałem wyraźnie, jak oficerowie
nakazywali Moskalom, aby oszczędzać ładunków i zaprzestać ognia wtedy podniosłem się z trudem i wróciłem do stodoły zapytałem o
sztab, powiedziano mi, że dowódcy nasi odbywają naradę wojenną w pobliskim domku; udałem się tam i w pierwszej izbie znalazłem uło-
żonych pokotem na podłodze około15 rannych, z samej inteligencyii bardzo pięknych ludzi, z których wielu już dogorywało. Między nimi
znajdował się niedawno zmarły we Lwowie Gustaw Reutt, ranny w stopę poniżej kostki. Ruszyliśmy w pochód przededniem, a o świcie
stanęliśmy w Ojcowie, na kilkochwilowy odpoczynek. Wkrótce wymaszerowaliśmy do Smarzewic na odpoczynek całodzienny, gdzie zło-
żono sąd wojenny na chłopów i jednego z nich kazano powiesić za zabójstwo i rabunek Ojcowa, po wyjściu obozu Kurowskiego na Mie-
chów. Późnym już wieczorem stanęliśmy w Goszczy, skąd po dwóch, czy trzech dniach pobytu, odesłano wszystkich rannych do Krako-
wa, ja znalazłem pomieszczenie w Szpitalu św. Łazarza. Tym sposobem wojaczka moja przerwaną została na dwa miesiące.
Gorlice w lutym 1903 r.